Podaruj mi trochę słońca...
Witam ciepło i słonecznie:)
Oto krótka historia jak zagościł u nas w domu kolor żółty....
Wszystko zaczęło się od naszego stołu,który chcieliśmy dodatkowo zabezpieczyć przed niszczycielskimi pomysłami naszej Julki-hihi.
Postanowiliśmy go polakierować lakierem akrylowym,niestety okazało się to niewypałem,gdyż lakier zaczął odchodzić pewnego razu razem z taśmą klejącą,przyklejaną przez Julkę do jego brzegów podczas zabawy.
Następnie kupiliśmy lakierobejcę,kolor sosna,miało być jasno i naturalnie.
Mój mąż dzielnie zeszlifował cały lakier i wziął się za malowanie.
Po powrocie z pracy do domu zaniemówiłam,widząc kolor naszego stołowego blatu.
Nasza decyzja szlifujemy i malujemy na inny kolor.Ale gdzie to zrobić,na balkonie nie bo za dużo bałaganu,no i sąsiedzi by nas znienawidzili za zakurzone pranie.
Trzeba czekać tydzień,aż do babci znów pojedziemy tam jest garaż i podwórko,można działać.
Tak żółty kolor towarzyszył nam przy każdym posiłku przez cały tydzień.
Przyszła sobota i ku naszemu zdziwieniu,stwierdziliśmy że to wcale nie jest taki zły kolor(może zbladł,albo nasze oczy się przyzwyczaiły),koniec końców zostawiliśmy nasz blat na razie w spokoju.
Żeby nie było mu smutno samemu być żółtym dorobiliśmy(mój pomysł,wykon męża) skrzynkę na gazety zabejcowaną na ten sam kolor co stół.
Skrzynka powstała z desek odzyskanych z palety(deseczki starannie oszlifowane i wychuchane przez mojego drobiazgowego męża:) )
W wolnej chwili może też służyć do przechowywania poduszek:
A to jej docelowe miejsce:
Anielica Blanka już zajęła swoje miejsce:)
Ufffffff,długo dziś było,mam nadzieję że dobrnęliście do końca.
Pozdrawiam KUSIA:)








Komentarze
Prześlij komentarz